Tramwaj numer 4 pachnie mokrą kurtką i czyimś termosem.
Ktoś gra w telefonie bez słuchawek. Nikt nie reaguje.
To też jest umowa społeczna - udawać, że się nie słyszy.
Na Rondzie Mogilskim wysiada pół wagonu.
Wchodzi drugie pół. Ten sam ciężar, inne twarze.
Kupuję kawę na wynos, bo tak się teraz żyje - na wynos.
Pani w okienku mówi „smacznej”, choć to kawa.
Mówię „nawzajem”, choć nie wiem, co jej życzę.
Oboje wiemy.
Planty są mokre. Gołębie mają gdzieś, że to zabytek.
Chłopak biegnie na zajęcia, trzyma bułkę w zębach jak pies aport.
Starszy pan karmi te gołębie, choć tabliczka zabrania.
Każdy tu łamie jakąś małą zasadę, żeby poczuć, że jeszcze wybiera.
W pracy włączam komputer i czekam, aż się obudzi.
On się budzi szybciej niż ja.
Osiem godzin. Potem znowu tramwaj, ten sam numer, inny tłum.
Wieczorem z okna widać wieżę Mariacką albo blok naprzeciwko -
zależy, w którą stronę się chce patrzeć.
Dziś patrzę na blok. W oknach pali się światło, w każdym inne życie,
a wszystkie wyglądają tak samo.
Nic się nie stało. I to jest cała historia.
Przeżyłem poniedziałek w mieście, które mnie nie zna.
Jutro zrobię to jeszcze raz.
Grzegorz Bąk
Zdjęcie: Piotr Glazar




