Felieton wyraża osobistą opinię autora. To nie jest relacja ani komentarz redakcji.
Gdybym powiedział to na przyjęciu, ktoś pewnie cofnąłby się o pół kroku. Nie lubię muzyki. Brzmi to jak przyznanie się do braku serca, a w najlepszym razie do braku gustu. Dla większości ludzi muzyka jest jak ciepła woda: czymś, czego nie lubić się nie godzi. Można nie lubić kawy, polityki, kotów, można nie znosić poniedziałków. Muzyki się nie odmawia. Kto odmawia, ten budzi podejrzenia.
A ja się upieram, bo to prawda. Tylko że to nie jest cała prawda i dopiero ta reszta jest interesująca.
Drzwi bez klamki
Zacznę od rzeczy najprostszej: muzyka nie pyta. Książkę mogę zamknąć na trzeciej stronie. Film wyłączyć, obraz odwrócić do ściany, wiersz przeczytać po raz drugi albo wcale. Wszystkie te rzeczy zostawiają mi klamkę po mojej stronie. Muzyka wchodzi bez pukania, bo przychodzi powietrzem, a powietrza nie da się zamknąć.
Wsiadasz do tramwaju. Ktoś obok ma słuchawki, z których sączy się coś cichego, ledwo słyszalnego pogłosu, i nagle ten pogłos przechodzi ci przez skórę, jakbyś był jego adresatem. Wchodzisz do windy, do sklepu, do poczekalni, a z sufitu leci utwór, którego nie wybrałeś i na który nikt cię nie zapytał o zgodę. Z otwartego okna na drugim piętrze, w niedzielę, ktoś puszcza płytę i przez trzy minuty cała ulica słucha tego samego.
Większość ludzi uznaje to za zwykły szum życia. Ja uznaję to za drobne naruszenie granicy, tak drobne, że nikt już nie zauważa, że to naruszenie. Przyzwyczailiśmy się, że muzyka jest wszędzie, więc przestaliśmy się pytać, kto ją tam postawił i po co. Zrobiliśmy z niej tapetę.
Muzyka z sufitu
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie w tym wszystkim zastanawia: wymyśliliśmy muzykę w tle. Playlistę do pracy, do biegania, do gotowania, do zasypiania, do „skupienia”. Algorytm podsuwa ją, zanim zdążymy pomyśleć, czego chcemy, i podsuwa tak, żeby nic w niej nie zahaczało o uwagę. Dźwięk bez ostrych krawędzi. Muzyka przeznaczona do tego, żeby jej nie słuchać.
Rozumiem, skąd się to wzięło. Ludzie są zmęczeni i chcą, żeby coś wypełniało ciszę, której się boją. Ale ta fabryka muzyki-niemuzyki ma jeden efekt uboczny: uczy nas, że dźwięk jest meblem. Że można go mieć i nie czuć. A potem, kiedy trafia się utwór, który meblem nie jest, który zaczyna się jak zwykły kawałek, a po minucie łamie nam kręgosłup, jesteśmy zupełnie nieprzygotowani. Tak jak ktoś, kto całe życie chodził po płytkiej wodzie, a nagle stanął nad głębią.
Właściwie należałoby powiedzieć, że nie boję się muzyki. Boję się muzyki, która została nagrana na serio. Ta z sufitu mnie nie dotyczy. Ona nic ode mnie nie chce i dlatego niczego mi nie zabiera.
Ciało jest szybsze
Najbardziej niepokoi mnie jednak nie to, że muzyka wchodzi, tylko że działa. I to bez mojego udziału.
Myśl jest powolna. Muszę ją sformułować, osądzić, zważyć. Ciało takich ceregieli nie robi. Zanim pomyślę „to tylko akord”, mam już ściśnięte gardło. Zanim ocenię, czy kawałek jest dobry, serce zdążyło się dostroić do jego rytmu, jakby nigdy nie biło w innym. Nauka nie jest tu zresztą zaskoczeniem. W 2011 roku badacze z kanadyjskiego McGill University pokazali, że kiedy ludzie słuchają utworu, który ich porusza, w mózgu uwalnia się dopamina, ta sama substancja, którą wiążemy z nagrodą i pożądaniem. Muzyka nie zaprasza do nagrody, ona ją wypłaca, zanim zdążymy zapytać, za co.
Nietzsche pisał, że bez muzyki życie byłoby błędem. Nie sprzeczam się z nim. Zastanawiam się tylko, czy z muzyką życie nie bywa zbyt prawdziwe.
Bo to jest właśnie to, co mnie w niej odpycha i przyciąga jednocześnie: czuję się wynajęty. Ktoś gra, a ja drżę w odpowiedzi, jak struna pod cudzym palcem. Nie wybrałem tego drżenia. Nie mogłem go przerwać. Ono po prostu we mnie było, zanim zdążyłem się zorientować, że istnieję w jego obecności.
Hejnał, który się urywa
Kraków ma swoją muzykę zapisaną w kamieniu. Co godzinę, dzień i noc, z wieży Kościoła Mariackiego odzywa się hejnał, grany w cztery strony świata. Każdy, kto go słyszał, zna to uczucie, kiedy melodia urywa się w pół nuty. Zawsze w tym samym miejscu, zawsze nagle, zawsze zanim zdążymy się z nią oswoić. Legenda mówi o strzale, o straży, o mieście, które udało się ostrzec. Ale ja słyszę w tym coś innego.
To jest jedyna muzyka, jaką znam, która rozumie, że przerwanie bywa silniejsze od dźwięku. Hejnał nie kończy się, tylko zostaje przecięty, i cisza, która po nim następuje, jest głośniejsza od trąbki. W 1952 roku John Cage napisał utwór, w którym pianista siada przy fortepianie i nie gra niczego, i nazwał go muzyką. Hejnał mariacki robi coś podobnego od stuleci, tyle że na żywo i co godzinę.
Kiedy stoi się na Rynku i melodia pęka, czuje się to samo, co przy każdej muzyce, która naprawdę trafia: że ktoś mnie dotknął i cofnął rękę, zanim zdążyłem odpowiedzieć. I że ta pustka po dotyku jest właściwą treścią utworu.
Słowa są ubraniem
Dorosłe życie to w dużej mierze sztuka wybierania słów. Mówimy: „wszystko w porządku”, kiedy nie jest. Mówimy: „nie ma sprawy”, kiedy jest. Używamy tej eleganckiej dwuznaczności, którą nazywamy taktem. Słowa można ważyć, odwlekać, zmieniać, a kiedy trzeba, kłamać nimi wprost. To są nasze ubrania, w których wychodzimy do ludzi, i nie ma w tym nic złego. Bez nich nie dałoby się żyć w społeczeństwie.
Muzyka jest tym, co zostaje, kiedy ubranie zdejmę. Nie mówi niczego, co można by zacytować, a jednak dotyka dokładnie tego miejsca, które przed ludźmi zakrywam. Bywa dłonią, która głaszcze po myślach, czułą, ciepłą, jak ta, której nikt nie ma odwagi nam podać. Bywa też paznokciem, który rysuje ciszę, a cisza jest przecież tym, co wypełnialiśmy, żeby nie słyszeć siebie. I nigdy nie wiem z góry, która z tych dłoni dziś przyjdzie. Ta niepewność męczy bardziej niż sam dotyk.
Dlatego mówię, że muzyka mnie przeraża. Nie dlatego, że jest głośna. Dlatego, że jest prawdziwa w sposób, na który nie jestem przygotowany. Słowo mogę powiedzieć albo zachować dla siebie. Muzyki nie mogę nie usłyszeć. Kiedy już zabrzmi, jest we mnie, a ja nie mam nad nią żadnej władzy poza jedną: mogę wyjść z pokoju. Ale też wiem, że wychodząc, i tak ją ze sobą zabieram.
Sala, w której jesteśmy nadzy razem
Pewnie zauważyłeś, że o jednym miejscu jeszcze nie wspomniałem. O sali koncertowej. To jedyne miejsce, w którym zgadzamy się na to, co opisuję. Kupujemy bilet, siadamy w ciemności obok obcych ludzi i pozwalamy komuś, kogo nie znamy, zrobić z nami to, przed czym bronimy się na co dzień.
Jest w tym coś niemal religijnego i nie przypadkiem. Ciemność ukrywa twarze, więc można sobie pozwolić na to, na co nie pozwolilibyśmy sobie w świetle. Obcy obok oddychają razem z nami, a to znaczy, że nikt nie jest sam w swojej nagości. Wszyscy jesteśmy rozebrani, więc nikt nie patrzy. Może to jest jedyna forma bezpiecznej bliskości, jaką wymyśliła cywilizacja: wspólne drżenie, w którym nikt nie musi niczego tłumaczyć.
Dlatego rozumiem tych, którzy kochają koncerty. A jednocześnie wiem, dlaczego po dobrym koncercie wychodzi się z sali jak ktoś, kto zostawił coś ważnego za drzwiami i nie jest pewien, czy to jeszcze jego.
Cisza, którą rysuje paznokieć
Zastanawiałem się, skąd bierze się ta przemożna siła czegoś, co przecież jest tylko układem dźwięków. Odpowiedź, którą sobie dałem, jest nieco niepokojąca: siła muzyki bierze się z tego, że nie ma w niej treści. Język mówi coś o świecie, a to zawsze można zakwestionować. Muzyka nie twierdzi niczego, więc nie ma z czym się spierać. Nie da się jej zaprzeczyć. Można ją tylko poczuć albo nie poczuć, a kiedy się poczuje, nie ma już dokąd uciec.
To dlatego wiele osób mówi, że ma w sobie muzykę, której nigdy nie nagra. To dlatego jedna fraza z dzieciństwa potrafi cofnąć dorosłego człowieka do pokoju, w którym go dawno nie ma. I dlatego, kiedy ktoś odchodzi, wspomnienia o nim nie wracają jako zdarzenia, tylko jako melodia, bez żadnego powodu, w supermarkecie, w kolejce do kasy, akurat wtedy, gdy człowiek niczego się nie spodziewa.
Muzyka nie dotyka naszych myśli. Dotyka tego, co jest pod myślami, a to znaczy: tego, czego jeszcze nie ubraliśmy w słowa. Ona wnika głębiej niż myśl. I tam, w tej głębi, nie ma już żadnego „ja” wyćwiczonego w byciu poprawnym.
Strach, który jest komplementem
I wtedy rozumiem, że to wcale nie jest niechęć. Człowiek, który naprawdę nie lubi muzyki, nie rozprawia o niej pół godziny. On nie słucha, wzrusza ramionami i zmienia temat. Ja zmieniam temat dopiero wtedy, kiedy jest już za późno, kiedy refren zdążył zrobić swoje, a ja stoję w pół zdania z mokrymi oczami i wmawiam wszystkim dookoła, że to alergia.
Bo gdyby ktoś mnie zapytał, czy muzyka jest mi obojętna, odpowiedziałbym, że obojętność byłaby wygodniejsza. Mógłbym wtedy słuchać jej tak jak słucha się radia w taksówce: bez konsekwencji. Tymczasem muzyka robi ze mną coś, na co nie mam żadnego sposobu obrony. I tego właśnie, uczciwie mówiąc, nie lubię. Nie lubię, że jest w stanie powiedzieć o mnie więcej niż ja sam, i to w trzy minuty, i to bez słów.
Strach przed muzyką jest więc dziwnym rodzajem szacunku. Boimy się tego, co ma nad nami władzę. Nikt nie boi się rzeczy bezsilnych. Można lekceważyć piosenki, które nic nie znaczą, i można mijać obojętnie to, co nie dotyka. Przestrasza dopiero to, co potrafi trafić. A potrafi tylko to, co jest prawdziwe.
Znam to z wielu miejsc, nie tylko z muzyki. Tak samo bywa z człowiekiem, którego kochamy: im bardziej na nas działa, tym bardziej chcielibyśmy, żeby nie działał. Tak samo bywa z miastem, do którego wracamy mimo wszystko. Tak samo, o ile wolno mi to napisać, bywa z pisaniem, które jest w gruncie rzeczy próbą powiedzenia czegoś, czego nie da się powiedzieć inaczej niż rytmem.
Powrót
I tak wracam. Wracam do muzyki jak się wraca do rzeczy, której się boimy, z ostrożnością, z asekuracją, z odrobiną złości. Zakładam słuchawki jak ktoś, kto wchodzi do zimnej wody, wiedząc, że za chwilę będzie lepiej, ale też że nie będzie to przyjemne od razu. Czasem trafiam na utwór, który mnie nie rusza, i wtedy czuję absurdalną ulgę, a zaraz potem pustkę. Czasem trafiam na ten jeden, który otwiera we mnie coś, czego nie znałem, i wtedy wiem, że jeszcze nie jestem pusty.
Nie lubię muzyki. Nie lubię tego, co robi ze mną bez mojej zgody. Nie lubię, że jej potrzebuję. Wolałbym nie wiedzieć, że ktoś, kto nie powiedział ani słowa, potrafi mnie rozebrać do tego, co zostaje pod spodem.
Ale właśnie dlatego wiem, że to, co zostaje, jeszcze żyje.
Nie lubię muzyki, bo czyni mnie nagim.
Obraz Pexels z Pixabay



